Szklarska Poręba - narciarskie królestwo

11.01.2011 10:05
A A A Drukuj
Szlak na Szrenicę Fot. Booster
  • Szklarska Poręba
  • Polana Jakuszycka, początek wielu tras dla narciarzy biegowych
  • Leśna Huta
  • Huta Julia
100 km tras dla narciarzy biegowych, najdłuższa w Polsce kolej linowa dla zjazdowców
Od lat korzystam z narciarskich stoków, ale nigdy nie jeździłam na biegówkach. W grudniu znajomy namówił mnie na wyjazd do Jakuszyc, najwyżej położonej dzielnicy Szklarskiej Poręby (880 m n.p.m.). Wokół Polany Jakuszyckiej w koniczynkę układa się aż 100 km tras, które w kilku miejscach łączą się z czeskimi, tworząc w sumie 300 km biegowych szlaków. Trenuje tu Justyna Kowalczyk, przyjeżdżają debiutanci, jeżdżą zawodowcy i amatorzy.

Na biegówkach

Pierwszego dnia wybrałam się na Orle, jeden z łatwiejszych szlaków (5 km). Nie sposób się pogubić, nie ma trudnych podejść czy zjazdów. Zajęło mi to około godziny, potem przerwa na żur w schronisku Orle i powrót na polanę. Inna, wyjątkowo malownicza i łatwa droga biegnie wzdłuż granicznej rzeki Izery, na skraju rezerwatu torfowisk, do Chatki Górzystów - jedynego budynku ocalałego z przedwojennej osady. Gospodyni pani Wiesia serwuje legendarne biszkoptowe naleśniki z jagodami. Przekonałam się do biegówek już po pierwszej próbie: nie stoję w kolejce, nie płacę za karnet, mięśnie pracują bardziej harmonijnie i są mniej narażone na kontuzje. Cisza i poczucie swobody na rozległych, często zupełnie pustych przestrzeniach.

Przez kilka kolejnych dni biegałam z gorliwością neofity po urozmaiconych szlakach w krystalicznym powietrzu, pomiędzy świerkami w śnieżnych czapach, z pięknymi widokami na Góry Izerskie. Wśród szerokich na kilka metrów szlaków są zupełnie płaskie dla nowicjuszy i dla tych, którzy lubią różnicę wzniesień. Wszystkie doskonale oznakowane i przygotowane - codziennie o świcie ratrak równa śnieg i zakłada ślad dla biegaczy. Co pewien czas natykałam się na tabliczkę z wyliczonymi kilometrami do najbliższego rozdroża, mostu, schroniska oraz z wizerunkami fauny i flory: jaszczurek, płochaczy, norników, orzesznic.

Długa trasa Inhalacyjna biegnie w pobliżu mokradeł. Parujące bagna i las świerkowo-modrzewiowy dostarczają naturalnego aerozolu, który świetnie wpływa na drogi oddechowe. Jest także trasa Cietrzewia, Justynki (na pamiątkę mistrzyni), Dzielne Klapki... - Kiedyś dziennikarka z telewizji przyjechała do nas w eleganckich klapkach. Tak dobrze dawała sobie radę na górskich duktach, że nazwaliśmy na jej cześć tę trasę - śmieje się Julian Gozdowski, prezes stowarzyszenia Bieg Piastów, które zarządza Polaną.

Sezon narciarski trwa do połowy kwietnia, ale jeszcze 2 maja wytrwali przyjeżdżają na majówkę na ostatnich łatach śniegu. Walory Polany Jakuszyckiej doceniła Międzynarodowa Federacja Narciarska FIS, przyznając niektórym odcinkom homologację, co upoważnia do organizowania imprez światowej rangi. W tym roku właśnie Szklarska Poręba - Jakuszyce będzie organizatorem Pucharu Świata.

Moja gorliwość zaszła tak daleko, że zapisałam się już na Bieg Piastów, najstarszy i największy zlot miłośników biegówek w kraju, który Polska Organizacja Turystyczna uznała ostatnio za najlepszą imprezę masową. W marcowy weekend (4-6) na starcie staje kilka tysięcy biegaczy z: Polski, Czech, Niemiec, Szwajcarii, Norwegii, Andory, Estonii, Kanady, a nawet z Japonii i Australii. - Cieszy mnie, że biega coraz więcej osób, pojawiają się u nas całe pokolenia, nawet wnukowie z dziadkami, najstarszy zawodnik ma 84 lata - opowiada Gozdowski, który wymyślił Bieg 35 lat temu i z zapałem go propaguje.

W pobliżu Polany jest kilka wypożyczalni (narty, buty, kije - ok. 30 zł/dzień) i sklepów ze sprzętem. Na miejscu jest także instruktor, i to za darmo. - Zależy nam na popularyzowaniu narciarstwa biegowego, więc nasze stowarzyszenie opłaciło Wojciecha Judkę. Wystarczy zadzwonić wcześniej i się z nim umówić - zachęca pan Julian. Na Polanę można dojechać m.in. Koleją Izerską, kilka miesięcy temu ponownie uruchomioną po 65 latach. Malownicza trasa z Jeleniej Góry przez Szklarską Porębę biegnie aż do czeskiego Korenova (muzeum kolei zębatej), poprzez Harrachov (muzeum szkła).

www.bieg-piastow.pl , www.jakuszyce.info.pl , tel. do instruktora: 601 988 437, e-mail: judkawojciech@wp.pl

Narciarskie tradycje

„Znacie tę radość: wysoko w górach - narty pod stopami - na rozległej, zimowej łące stać opatuleni w wirze płatków śniegu? (...). Pijany siłą i radością zjeżdżałem do mego śpiącego zimowym snem gniazda górskiego - i wciąż od nowa czułem, jak bardzo żyję, jak bardzo jestem człowiekiem” - tak pisał w „Aus meinem Tagebuch" (Berlin 1900, S. Fischer Verlag, tłum. P. Wiater, s. 30) o swoich narciarskich doświadczeniach Carl Hauptmann (1858-1921), filozof i literat ze Szklarskiej Poręby, współtwórca tutejszej kolonii artystów. W narciarskim zapale nie ustępował mu brat Gerhart Hauptmann (1862-1946), powieściopisarz i dramaturg, laureat Nagrody Nobla z 1912 r., jeden z pierwszych narciarzy w Szklarskiej Porębie.

- To Szklarska Poręba, wówczas Schreiberhau, zapoczątkowała pod koniec XIX w. białe szaleństwo w Kotlinie Jeleniogórskiej, a niedługo potem stała się największym ośrodkiem sportów zimowych w Sudetach i jest nim do dziś - mówi dr Przemysław Wiater, historyk, kustosz w Domu Carla i Gerharta Hauptmannów. - Planowano nawet zorganizowanie tu olimpiady zimowej w 1936 r. Od XVII w. w Karkonoszach poruszano się zimą na karplach, czyli śnieżnych rakietach, żeby nie zapadać się w śniegu, do butów przywiązywano ramki z drewna lub wikliny z mocno naciągniętym sznurem.

Pierwsze trzy pary nart ktoś przywiózł do Szklarskiej Poręby z Norwegii w 1880 r. - Nikt jednak nie potrafił się na nich poruszać - śmieje się dr Wiater. Już w styczniu 1900 r. miejscowa elita: właściciele schronisk, restauracji, leśnicy, kupcy, zawiązała pierwszy na Dolnym Śląsku Schneeschuh Club "Windsbraut" (Klub Narciarski "Wichura") z zawołaniem: "Ski heil!" - "Niech żyją narty!". Najbardziej ceniono skandynawskie, ale wkrótce lokalni stolarze zaczęli polecać "narty marki Windsbraut wykonane z twardego, pozbawionego sęków, znanego z jakości jesionu łącznie z wypróbowanymi wiązaniami". Do czasów, gdy na stokach śmigali narciarze z jednym kijem (z bambusa lub z leszczyny), kobiety w długich spódnicach i toczkach, nawiązują zawody retro - 19 lutego Slalom Retro pod dolną stacją wyciągu krzesełkowego na Szrenicy, a 19 marca Bieg Retro w okolicach schroniska Orle. Obowiązują wełniane skarpety, skórzane buty, paradne spódnice, kaszkiety, długie szaliki i grube swetry z owczej wełny.

- Zapraszamy na czterokilometrowy bieg każdego, kto nie ma na sobie grama plastiku: nart z tworzyw czy ubrań z polaru - zastrzega dr Wiater. To on przed kilku laty wymyślił Bieg Retro i sam startuje w stylowych pumpach i marynarce na nartach z 1910 r. - W wielu domach stoją takie zapomniane narty. Pomyślałem, że można je wykorzystać i stąd pomysł na Izerski Dwubój Retro. Stare narty, sanie z przełomu XIX i XX w., karple i inny sprzęt do sportów zimowych można obejrzeć na stałej wystawie otwartej ostatnio w Domu Carla i Gerharta Hauptmannów, gdzie także zrekonstruowano dawne schronisko (ul. 11 Listopada 23, wtorek - niedziela, godz. 9-15.30, bilety 6 i 3 zł, środa wstęp wolny).

Coś dla narciarzy zjazdowych

Narciarze zjazdowi mają w Szklarskiej Porębie do wyboru 15 km tras na górującej nad miastem Szrenicy (sezon do połowy kwietnia). Specjalnością są długie nartostrady - szczególnie popularna jest najdłuższa (4440 m) Lollobrygida i Śnieżynka (2 km). Dla nowicjuszy jest niebieski Puchatek i dwa orczyki na Hali Szrenickiej, a dla zaawansowanych - dwie trasy czerwone i czarna. Wszystkie oprócz czarnej „ściany” łączą się ze sobą; większość jest zaśnieżana, a Puchatek również doświetlany (można jeździć do godz. 22). Nowością w tym sezonie jest sześcioosobowa kanapa, która wjeżdża na Szrenicę w osiem minut.

- Karkonosz Ekspres ma prawie 2,5 km i jest najdłuższą koleją linową w Polsce - zapewnia Jan Dębkowski, dyrektor techniczny spółki Sudety Lift zarządzającej wyciągami. - Wwozi 2 tys. osób na godzinę, co powinno rozładować tłok na dolnej stacji, gdzie pracowała tylko jedna kolej. Całodniowy bilet na wszystkie wyciągi kosztuje 79 zł. Nie ma problemu ze sprzętem - przy dolnej stacji i w mieście działają wypożyczalnie. Pamiętajmy o kaskach obowiązkowych dla dzieci do 15 lat, warto zabrać kominiarki i maski na twarz. Choć Szrenica nie jest wysoka (1362 m), często panuje tu iście alpejska pogoda. Na dole może być zacisznie, ale na szczycie potrafi dokuczyć bardzo silny wiatr. Zwróćmy uwagę na informacje przy kasie o prędkości wiatru na górze - wjazdy są długie, a wyciągi odkryte. - Właśnie z powodu silnych wiatrów nowa kolej nie jest uzbrojona w plastikowe osłony, bo wiatr mógłby je wyginać jak żagle - tłumaczy dyrektor Dębkowski. - Wietrzny jest szczególnie grudzień i styczeń.

Urok uzdrowiska

Zachwyciły mnie rozrzucone po mieście wille, często stawiane przed wiekiem jako pensjonaty, o przeszklonych werandach i ażurowych drewnianych dekoracjach. Nadają Szklarskiej Porębie urok uzdrowiska, którego nie przytłoczyło nawet kilka szpetnych bloków. W mieście zachowało się kilka domów przysłupowych. To wyjątkowa architektura, która występuje tylko na Łużycach, w Czechach, a w Polsce prawie wyłącznie na Dolnym Śląsku. Łużyckie domy są oparte na charakterystycznych przysłupach - kolumnach układających się w arkady, nieraz bogato zdobionych przez snycerzy. Podobno wymyślono je dla tkaczy, bo taka konstrukcja doskonale tłumiła wibracje z warsztatów na parterze. W jednym z takich domów, z 1780 r., przy ul. Odrodzenia 1 Dorota Dahrendorf prowadzi przytulny pensjonat Domicil Alma, gdzie można się napić pysznej, własnoręcznie przez gospodynię palonej kawy (45 zł/osoba, tel. 075 610 64 27, www.domicil-alma.com).

Szklarska Poręba położona w dolinie rzeki Kamiennej na styku Gór Izerskich i Karkonoszy jest znakomitym punktem wypadowym w góry. Zimą, głównie z powodu zagrożenia lawinowego, nie wejdziemy na kilka popularnych szlaków. Nieczynne jest przejście od schroniska Pod Łabskim Szczytem nad Śnieżne Kotły oraz do Rozdroża Pod Wielkim Szyszakiem oraz odcinek Ścieżki nad Reglami - od górnej stacji kolei linowej na Szrenicę do Mokrej Przełęczy. Możemy natomiast wybrać się na spacer do wodospadu Kamieńczyka, najwyższego w Sudetach (27 m), spadającego kilkoma kaskadami do mocno wciętego w skały wąwozu. Za środkową kaskadą ukryta jest jama - pozostałość po Walonach, którzy drążyli skałę w poszukiwaniu ametystów.

O Walonach, legendarnych poszukiwaczach szlachetnych kruszców, dowiedziałam się w Karkonoskim Centrum Edukacji Ekologicznej (ul. Okrzei 28, czynne wtorek - niedziela, godz. 9-16). To multimedialny ośrodek idealny do zwiedzania z dziećmi. Dotykowa makieta, panoramiczne zdjęcia, efektowne ilustracje, interaktywne monitory przenoszące w świat wirtualnych Karkonoszy. Tutaj usłyszałam też o widmie Brockenu, zwanym mamidłem górskim (nazwa pochodzi od szczytu w górach Harz, gdzie po raz pierwszy opisano je w XVIII w.). W tym rzadkim zjawisku optycznym można zobaczyć swój cień obwiedziony tęczową glorią i powiększony na położonej poniżej chmurze. Jeśli ktoś zobaczy mamidło trzy razy, będzie zawsze bezpieczny w górach...

Szklarskie tradycje

Nie można być w Szklarskiej Porębie i nie zobaczyć szkła. Nazwa miasta nawiązuje do sięgającej średniowiecza tradycji, kiedy w Karkonoszach pojawiły się wędrujące huty lokowane zwykle nad strumieniami górskimi, z dala od postronnych, którzy mogliby podejrzeć tajniki produkcji szkła uchodzącego wówczas za luksus. Po wycięciu drzew w najbliższej okolicy huty przesuwały się dalej, trzebiąc kolejne lasy. W górach było wszystko, co jest niezbędne do produkcji szkła: drewno, woda i kwarc. - Na tych terenach biegnie jedna z największych w Europie żył kwarcu - mówi dr Wiater.

Pierwsze huty w Szklarskiej Porębie pojawiły się przed kilkoma wiekami, a w 1800 r. pracowało tu już 14 szlifierzy szkła, 6 pozłotników, 5 wydmuchiwaczy, 10 kupców zajmujących się handlem szkłem, 9 wytwórców wyrobów szklanych i 2 producentów luster. W XIX w. huta Józefina podbijała światowe rynki kolorowymi szkłami, o których korespondent "Timesa" pisał, że zdobiące je malunki "są bardziej miękkie i naturalne niż malowidła na porcelanie". Możemy się o tym przekonać w Domu Carla i Gerharta Hauptmannów, oglądając rubinowe i kobaltowe kielichy, wazony i puchary. Słynna huta już nie istnieje, ale warto zajrzeć do Julii, jej dawnej, wciąż czynnej filii w oddalonych o kilkanaście kilometrów Piechowicach. Dopiero od kilku miesięcy wpuszcza się tu turystów (ul. Żymierskiego 73, poniedziałek - piątek, do godz. 13). To okazja, żeby zobaczyć, jak w stuletnich budynkach powstają kryształowe owocarki, patery, miodownice, świeczniki, karafki i szklanki o tradycyjnych wzorach, szlifowane w młynki, pestki, oliwki, palemki, karo i siatkę wiedeńską. Zamówienia płyną z Włoch, Francji, Emiratów Arabskich. Gdyby nie ubrania szklarzy i nowoczesny piec, można by odnieść wrażenie, że czas się tu zatrzymał. Tak jak na dawnych rycinach mistrz nabiera szklaną płynną masę z donicy na metalowy piszczel, modeluje ją, wdmuchuje do formy lub formuje na pręcie. Kryształowy kieliszek, który kupiłam w firmowym sklepie, przeszedł przez kilkanaście par rąk. Wydmuchany ze szklanej bańki powędrował do pieca odprężarki, gdzie jego temperatura spadła z 500 do 40 stopni. Potem szlifierz diamentową tarczą naniósł na ścianki brylantówki, a kolejna osoba ozdobiła podstawę w gwiazdki. W malarni zyskał ametystową powłokę, potem wypolerowano go i umyto. Wszystko odbywa się ręcznie, jak przed wiekiem.

- Właściwy kryształ dźwięczy i odbija tęczowe refleksy - mówi Agnieszka Blacheta z huty i prowadzi nas między rzędami szklanych cacek. Ręcznie formowane szkła, nie kryształowe i znacznie mniej finezyjne, obejrzymy w Leśnej Hucie w Szklarskiej Porębie (ul. Kołłątaja 2) prowadzonej przez rodzinę Łubkowskich. Od połowy stycznia codziennie od godz. 10 do 18 szklarze używający starych narzędzi pokażą, jak powstaje barwione szkło sodowe. Właśnie tutaj w lipcu hutnicy i artyści z kilku krajów spotykają się na festiwalu Ekoglass, tworząc na oczach widzów szklane unikaty.

Na największą szklaną niespodziankę trafiłam obok schroniska w Orlu. Miejscowość, administracyjnie przynależna do Szklarskiej Poręby, jest pozostałością po hucie szkła Carlstal, która działała tu do 1890 r. Na rozległej polanie przeciętej potokiem Kamionek pozostało tylko kilka budynków. Dawną szlifiernię kupił kolekcjoner, który rok temu ulokował w niej niezwykły zbiór. Znalazłam tu imponującą kolekcję szklanych przycisków do papieru (XIX-wiecznych i kilka współczesnych) zdobionych millefiori (tysiąc kwiatów), jedną z najszlachetniejszych technik szklarskich, którą dotąd kojarzyłam z dziełami weneckich mistrzów. Polega na łączeniu szklanych pręcików w wiązkę oraz cięciu ich w plastry tak, że tworzą maleńkie wielobarwne kwiatki zatapiane potem w przezroczystym szkle. Jedyną osobą, która nadal je robi, jest Tomasz Gondek, hutnik z Julii, podobno także niezrównany gawędziarz. Chętnie opowie o tajemnicach karkonoskiego szkła - wystarczy wcześniej zadzwonić do huty (075 761 24 13).

Podziel się

Zobacz także:

Najczęściej czytane